środa, 1 marca 2017

7 DNI W LESIE: Luty 2017

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jak ktoś choć raz zaznał siedmiu dni w lesie, chce sprawdzać się dalej, w cięższych warunkach. I właśnie tak było z lutową edycją 7 dni w lesie. Rafał (edycja kwiecień 2016), Kuba (edycja czerwiec 2016) i Sławek świeżynka. Relacja Rafała: http://konto.bydgoszcz.wsinf.edu.pl/~dlugosz/ZD/SRW/7dni2017/SR.html
Ale zacznę od początku.

Dlaczego 7 dni w lesie w lutym ? Przecież to zima, w lesie trudno o pożywienie, dzień krótki, więc co robić zimą w lesie ? Zimowa edycja powstała dzięki Wam. Tak, tak. To Wy swoimi wypowiedziami, pytaniami zachęciliście nas do zorganizowania tego zaawansowanego szkolenia w lutym. Niestety, większość z Was nie wyszła poza wirtualne gdybania i została w domu. Dlatego wielkie brava dla Rafała, Kuby i Sławka za podjęcie nie lada wyzwania. 

Zaczęliśmy w sobotę. Od 9 rano, pełni zapału, oczekiwań i adrenaliny ruszyliśmy do lasu. Każdy uczestnik wziął ze sobą koc (z którego zrobił sobie plecak), kilo mąki, 3 garście ryżu, gliniak smalcu, nóż i menażkę. Plan był prosty: docieramy na miejsce szkolenia i budujemy dom na 7 dni. Wybraliśmy dość prosty projekt. Szałas tipi. Szałas szczelny, grubo obsypany ściółką (na wiosnę będzie obsadzony mchem) z dymnikiem po środku i z małym wejściem. Wszystko po to by, jak najmniej ciepła z niego uciekało i jak najwięcej w nim zostawało. Budowę nadzorował Artur. Doradzał w jakich odległościach budować posłania, jak odizolować się od zmarzniętej ziemi, jak obsypywać i uszczelniać szałas. Budowa szałasu zajęła nam cały dzień. W nocy rozpalaliśmy ogień za pomocą łuku ogniowego. Mimo wilgoci i zmarzliny udało nam się rozbujać ogień w środku.

Niedziela przywitała nas początkiem odwilży. Mokro. W szałasie powoli robiło się sucho i ciepło. Jak w domu. Ale nie było tak kolorowo. Ściółka na szałasie ubiła się, czyli opadła po ścianie w dół. Plus taki, że na dole nie było prześwitów. Uzupełniliśmy braki od góry góry szałasu. Nagromadziliśmy opał w szałasie i zrobiliśmy spory zapas na zewnątrz. Zrobiłam pierwszy spacer botaniczny. Chłopaki pozyskali pierwsze leśne produkty do jedzenia: owoce głogu, róży i szyszko jagody jałowca. Zebrali pęki gwiazdnicy pospolitej, bluszczyku kurdybanka i pokrzywy (tak, tak :) pokrzywa już się pojawia). Po drodze z Pisi nabraliśmy wodę do butelek. Udało się nam też ukopać topinamburu. Artur poprowadził warsztaty z łuku ogniowego. Uczestnicy sami zrobili sobie sosnowy zestaw z dębowym dociskiem. I nie wiadomo kiedy dzień minął. Wieczorami w szałasie, przy ognisku odpowiadaliśmy z Arturem na wiele pytań związanych z warsztatami ale również słuchaliśmy jakie oczekiwania i jakie obawy mają uczestnicy. Najbardziej dokuczał im dyskomfort termiczny w nocy. 

Każdego dnia uczestnicy wykonywali rutynowe zadania: opał, woda, uszczelnianie szałasu. Od
poniedziałku zaczęło mocno wiać, więc ściółka mimo, że przykryta gałęziami "rozszczelniała" się. Taki urok świeżego szałasu. Dopóki ściółka się nie ubije, trzeba nad poszyciem pracować. W nocy chłopakom było zimno. Spali kiepsko, więc odsypiali nad ranem. Mały kryzys miał Sławek. Kuba i Rafał kryzysu nie mieli tzn wcześniejsze doświadczenie było widać. Wiedzieli jak sobie poradzić w aklimatyzacji do zastanych warunków. W nocy z poniedziałku na wtorek bardzo mocno padało i wiało. Szałas zdał egzamin. W szałasie suchutko. Jednak wiatr się wdzierał. Rafał z koca zrobił sobie w środku ekran. Podziałało. Kolejnej nocy Kuba i Sławek zrobili podobnie. Odespali :)

Co wieczór oprócz przygotowywania sobie jedzenia, Chłopcy wykonywali różne przedmioty jak łyżki, deseczki do krojenia, trójnóg, wieszak na menażkę itd. We wtorek zostali sami z zadaniem wytropienia zwierza. Mieli wytropić zwierzę, jego ślady bytności, legowisko i jego samego. Nagrodą za to miał być królik. Nie ukrywam, że nie do końca wierzyła, że chłopakom się uda. Pogoda była mieszana: raz słońce raz deszcz. Wiało. Jak przyszłam do obozu pod wieczór z dumą mi Rafał pokazał zdjęcia tropów, odchodów, legowiska sarny. Samego zwierza nie sfotografowali ale zasłużyli na królika. 

"Upolowali" królika czyli otrzymali go żywego. Musieli go w humanitarny sposób zabić, oprawić a potem jeść. Pomógł im w tym mój Tato Andrzej. Żaden nie odważył się uśmiercić zwierzaka. Obawiali się, że ich nie wiedza spowoduje, że zwierze będzie się męczyć. Po oprawieniu królika Sławek z Kubą poszli go umyć w rzeczce Pisi a Rafał wytopił smalec z tłuszczu. 

Od wtorku czyli "epoki królika" humor chłopaków nie opuszczał. Pojawiło się słońce. Ziemia odmarzła więc pozyskaliśmy chrzan, dziką marchew, cebulki szczypioru. Okazało się, że pod śniegiem jest jeszcze więcej pysznej gwiazdnicy. Unormował się harmonogram dnia: śniadanie, gromadzenie opału, ciepła herbata w południe, spacer po wodę i rośliny, ćwiczenie łuku ogniowego, rękodzieło leśne przy ognisku, kolacja. 

Nie narzucaliśmy uczestnikom wielu rzeczy. Chcieliśmy by mieli czas dla siebie, na przystosowanie się do zimna. To najwięcej zajęło im energii. I to, że jedzenie było skromniejsze a więcej było wysiłku fizycznego potęgowało dyskomfort pobytu w lesie. W pewnym momencie u Sławka pojawiła się infekcja gardła. Zastosowałam tutaj apiterapię. Dałam im miód wielokwiatowy z pierzgą. Pili codziennie miód rozpuszczony w ciepłej wodzie. Infekcja w ciągu jednego dnia zniknęła. 

Rafał i Sławek przez pierwsze 3 dni nie jedli. Chcieli stracić na wadze i zobaczyć jak długo dadzą radę w takich warunkach bez jedzenia. Pili tylko ciepłe wywary i napary. Kuba natomiast jadł od samego początku: podpłomyki z gwiazdnicą, podpłomyki ze smalcem, herbatki. 

Jak oceniam te 7 dni w lesie ? Oceniam bardzo dobrze. Był to idealny sprawdzian swojej wytrzymałości w zimnie, w minusowych temperaturach. Uczestnicy bardzo dobrze sobie poradzili fizycznie i psychicznie. Bravo !

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz