wtorek, 21 marca 2017

TEGO UCZYMY NA WARSZTATACH. Dzikie rośliny jadalne.


Już wiecie, że u nas możecie nauczyć się ekologicznej, zgodnej z naturą uprawy. Śledząc blog, funpage, wiecie, że można u nas nauczyć się co nieco o dzikich roślinach jadalnych. Cóż to są te dzikie rośliny jadalne ? Otóż są to rośliny, które rosną wszędzie bez pomocy człowieka. Dzieciaki na warsztatach mówią: "na dziko rosną" ;) Są to rośliny, które rozsiewa wiatr, zwierzęta. Wielu uważa, że dzikie rośliny jadalne to inaczej zioła. I w sumie nie pomyli się, ponieważ ziołem nazywamy każdą roślinę, która ma wpływ na żywy organizm. Oczywiście w mądrych książkach nie zabraknie podziałów, definicji, klasyfikacji tych roślin. Spotkacie się z ziołami przyprawowymi, oleistymi, garbnikowymi itd. Ja używam dwóch określeń: zioła i dzikie rośliny jadalne. 
Prowadzimy warsztaty jednodniowe i weekendowe. Na dwudniowych warsztatach poruszamy zagadnienia, które potrzebują więcej czasu jak np. maceracje.
Jak wyglądają takie warsztaty ? Przybywacie na miejsce, powiedzmy na 10.00. Zaczynamy od poznania się przy herbacie/ kawie i domowych wypiekach. I w dobrych nastrojach idziemy na 2h spacer botaniczny. Potem wracamy z naręczem roślinnych zdobyczy i pichcimy z nich obiad. W zeszytach: Dzikie Rośliny Jadalne - przepiśnik znajdziecie wiele przepisów na dania z "dziczyzny". Jeżeli nie chcecie przegapić warsztatów to śledźcie nasz funpage:  https://web.facebook.com/wmiejskiejkniei/ lub stronę www: https://wmiejskiejkniei.wixsite.com/wmiejskiejkniei

środa, 15 marca 2017

CIEKAWOSTKA ROŚLINNA. Brzoza (Betula).







Gałązki brzozy służą do odpromieniania pomieszczeń. Wysyłają one promieniowanie ujemne, korzystne dla człowieka. Rozkładane pod łóżkiem ułatwiają wypoczynek i gwarantują dobry sen. 

sobota, 11 marca 2017

LEŚNA APTECZKA. Odsłona 11. Rośliny dezynfekujące.



Działanie dezynfekujące czyli bakteriobójcze. Oto lista roślin, które pomogą zdezynfekować każdą powierzchnię, odkazić ranę, jamę ustną. Do wykorzystania w domu i w terenie.

1. Czosnek, czosnaczek, pospolity, czosnek niedźwiedzi, dziki szczypior, cebula
Z tych roślin używamy każdą część. Działają najlepiej na surowo. Na przykład, jeżeli mamy jątrząca się ranę, zgniatamy ząbek czosnku lub cebulkę dzikiego szczypioru i przykładamy do rany.
Uwaga ! będzie szczypać. 
2. Liść mydlnicy
Liść mydlnicy ale i korzeń bardzo dobrze dezynfekują naczynia. Zgniatamy liście i z dodatkiem wody myjemy naczynia. Z soku powstanie piana. Można też się myć w soku z liści i korzenia mydlnicy. Nasze babki i prababki myły włosy w mydlinach z tej roślinach.
Uwaga ! naczynia należy bardzo dokładnie wypłukać.
3. Liść borówki
4. Liść czarnej jagody
Z tych liści robimy napar i nim przemywamy rany, skaleczenia lub płuczemy naczynia.
5. Ziele piołunu
6. Ziele dziurawca
7. Ziele szanty
8. Ziele mięty
9. Ziele majeranku
10. Ziele szałwii
11. Ziele macierzanki
12. Ziele tymianku
Z Ziela tych roślin robimy napar. Naparem obmywamy chore miejsca, płuczemy jamę ustną lub naczynia po wcześniejszym ich umyciu.
13. Kwiat rumianku
14. Kwiat wrotyczu
Tak jak wyżej.
15. Owoc czarnej jagody
Owoc czarnej jagody cudownie działa na florę bakteryjną żołądka i jelit. Pomaga przy problemach żołądkowych na tle bakteryjnym.
16. Korzeń omanu
17. Kłącze kosaćca
18. Kora wierzbowa
Korzeń, kora i kłącza służą nam jako odwar/ wywar. Stosujemy wewnętrznie i zewnętrznie.

Katarzyna Miłochna Mikulska

środa, 1 marca 2017

7 DNI W LESIE: Luty 2017

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jak ktoś choć raz zaznał siedmiu dni w lesie, chce sprawdzać się dalej, w cięższych warunkach. I właśnie tak było z lutową edycją 7 dni w lesie. Rafał (edycja kwiecień 2016), Kuba (edycja czerwiec 2016) i Sławek świeżynka. Relacja Rafała: http://konto.bydgoszcz.wsinf.edu.pl/~dlugosz/ZD/SRW/7dni2017/SR.html
Ale zacznę od początku.

Dlaczego 7 dni w lesie w lutym ? Przecież to zima, w lesie trudno o pożywienie, dzień krótki, więc co robić zimą w lesie ? Zimowa edycja powstała dzięki Wam. Tak, tak. To Wy swoimi wypowiedziami, pytaniami zachęciliście nas do zorganizowania tego zaawansowanego szkolenia w lutym. Niestety, większość z Was nie wyszła poza wirtualne gdybania i została w domu. Dlatego wielkie brava dla Rafała, Kuby i Sławka za podjęcie nie lada wyzwania. 

Zaczęliśmy w sobotę. Od 9 rano, pełni zapału, oczekiwań i adrenaliny ruszyliśmy do lasu. Każdy uczestnik wziął ze sobą koc (z którego zrobił sobie plecak), kilo mąki, 3 garście ryżu, gliniak smalcu, nóż i menażkę. Plan był prosty: docieramy na miejsce szkolenia i budujemy dom na 7 dni. Wybraliśmy dość prosty projekt. Szałas tipi. Szałas szczelny, grubo obsypany ściółką (na wiosnę będzie obsadzony mchem) z dymnikiem po środku i z małym wejściem. Wszystko po to by, jak najmniej ciepła z niego uciekało i jak najwięcej w nim zostawało. Budowę nadzorował Artur. Doradzał w jakich odległościach budować posłania, jak odizolować się od zmarzniętej ziemi, jak obsypywać i uszczelniać szałas. Budowa szałasu zajęła nam cały dzień. W nocy rozpalaliśmy ogień za pomocą łuku ogniowego. Mimo wilgoci i zmarzliny udało nam się rozbujać ogień w środku.

Niedziela przywitała nas początkiem odwilży. Mokro. W szałasie powoli robiło się sucho i ciepło. Jak w domu. Ale nie było tak kolorowo. Ściółka na szałasie ubiła się, czyli opadła po ścianie w dół. Plus taki, że na dole nie było prześwitów. Uzupełniliśmy braki od góry góry szałasu. Nagromadziliśmy opał w szałasie i zrobiliśmy spory zapas na zewnątrz. Zrobiłam pierwszy spacer botaniczny. Chłopaki pozyskali pierwsze leśne produkty do jedzenia: owoce głogu, róży i szyszko jagody jałowca. Zebrali pęki gwiazdnicy pospolitej, bluszczyku kurdybanka i pokrzywy (tak, tak :) pokrzywa już się pojawia). Po drodze z Pisi nabraliśmy wodę do butelek. Udało się nam też ukopać topinamburu. Artur poprowadził warsztaty z łuku ogniowego. Uczestnicy sami zrobili sobie sosnowy zestaw z dębowym dociskiem. I nie wiadomo kiedy dzień minął. Wieczorami w szałasie, przy ognisku odpowiadaliśmy z Arturem na wiele pytań związanych z warsztatami ale również słuchaliśmy jakie oczekiwania i jakie obawy mają uczestnicy. Najbardziej dokuczał im dyskomfort termiczny w nocy. 

Każdego dnia uczestnicy wykonywali rutynowe zadania: opał, woda, uszczelnianie szałasu. Od
poniedziałku zaczęło mocno wiać, więc ściółka mimo, że przykryta gałęziami "rozszczelniała" się. Taki urok świeżego szałasu. Dopóki ściółka się nie ubije, trzeba nad poszyciem pracować. W nocy chłopakom było zimno. Spali kiepsko, więc odsypiali nad ranem. Mały kryzys miał Sławek. Kuba i Rafał kryzysu nie mieli tzn wcześniejsze doświadczenie było widać. Wiedzieli jak sobie poradzić w aklimatyzacji do zastanych warunków. W nocy z poniedziałku na wtorek bardzo mocno padało i wiało. Szałas zdał egzamin. W szałasie suchutko. Jednak wiatr się wdzierał. Rafał z koca zrobił sobie w środku ekran. Podziałało. Kolejnej nocy Kuba i Sławek zrobili podobnie. Odespali :)

Co wieczór oprócz przygotowywania sobie jedzenia, Chłopcy wykonywali różne przedmioty jak łyżki, deseczki do krojenia, trójnóg, wieszak na menażkę itd. We wtorek zostali sami z zadaniem wytropienia zwierza. Mieli wytropić zwierzę, jego ślady bytności, legowisko i jego samego. Nagrodą za to miał być królik. Nie ukrywam, że nie do końca wierzyła, że chłopakom się uda. Pogoda była mieszana: raz słońce raz deszcz. Wiało. Jak przyszłam do obozu pod wieczór z dumą mi Rafał pokazał zdjęcia tropów, odchodów, legowiska sarny. Samego zwierza nie sfotografowali ale zasłużyli na królika. 

"Upolowali" królika czyli otrzymali go żywego. Musieli go w humanitarny sposób zabić, oprawić a potem jeść. Pomógł im w tym mój Tato Andrzej. Żaden nie odważył się uśmiercić zwierzaka. Obawiali się, że ich nie wiedza spowoduje, że zwierze będzie się męczyć. Po oprawieniu królika Sławek z Kubą poszli go umyć w rzeczce Pisi a Rafał wytopił smalec z tłuszczu. 

Od wtorku czyli "epoki królika" humor chłopaków nie opuszczał. Pojawiło się słońce. Ziemia odmarzła więc pozyskaliśmy chrzan, dziką marchew, cebulki szczypioru. Okazało się, że pod śniegiem jest jeszcze więcej pysznej gwiazdnicy. Unormował się harmonogram dnia: śniadanie, gromadzenie opału, ciepła herbata w południe, spacer po wodę i rośliny, ćwiczenie łuku ogniowego, rękodzieło leśne przy ognisku, kolacja. 

Nie narzucaliśmy uczestnikom wielu rzeczy. Chcieliśmy by mieli czas dla siebie, na przystosowanie się do zimna. To najwięcej zajęło im energii. I to, że jedzenie było skromniejsze a więcej było wysiłku fizycznego potęgowało dyskomfort pobytu w lesie. W pewnym momencie u Sławka pojawiła się infekcja gardła. Zastosowałam tutaj apiterapię. Dałam im miód wielokwiatowy z pierzgą. Pili codziennie miód rozpuszczony w ciepłej wodzie. Infekcja w ciągu jednego dnia zniknęła. 

Rafał i Sławek przez pierwsze 3 dni nie jedli. Chcieli stracić na wadze i zobaczyć jak długo dadzą radę w takich warunkach bez jedzenia. Pili tylko ciepłe wywary i napary. Kuba natomiast jadł od samego początku: podpłomyki z gwiazdnicą, podpłomyki ze smalcem, herbatki. 

Jak oceniam te 7 dni w lesie ? Oceniam bardzo dobrze. Był to idealny sprawdzian swojej wytrzymałości w zimnie, w minusowych temperaturach. Uczestnicy bardzo dobrze sobie poradzili fizycznie i psychicznie. Bravo !

poniedziałek, 6 lutego 2017

KOBITKA NA SZLAKU I JEJ FOBIE.

W lesie się wychowałam i mieszkam. Mam polany, łąki, lasu mniejsze i większe. Mam też trochę błota... szumnie nazywamy je bagnami. Po prostu tam miękko hahhaa. W ten weekend z Arturem poszliśmy na obiad do lasu. W planach mała sesja koszy-plecaków, które wyplótł i kangurek (anoraków) uszytych przeze mnie. 

Ja lubię ląd. Wiecie, taki stabilny, może być błotny. A tutaj przyszło mi łazić po rozlewiskach. Dla mnie to wyzwanie. Panicznie boję się wody. Do zamarzniętej wody też nie mam przekonania. Artur pewnie i bez problemu ruszył przed siebie a ja... no właśnie. Podziwiam Go za cierpliwość do mnie :) Kroczek, po kroczku. Oddech za oddechem. Atakiem paniki za atakiem paniki lazłam przed siebie. I powiem Wam że dotarłam do brzegu. Nie wiem jak tego dokonałam ale doczłapałam się. 


Walka ze swoimi słabościami, panikami to dobra rzecz. Spojrzałam za siebie i poczułam się lekka, że pokonałam taki kawałek drogi. Oczywiście z pomocą Artura, który doprowadzał mnie śmiechem do łez. 

Ale może coś więcej o mojej fobii. Otóż dawno, dawno temu mój wujek chciał nauczyć mnie pływać. Na stawach. Wrzucił do wody i krzyknął: pływaj ! No tyle, że ja nie wypłynęłam. Wyciągnęli mnie z wody, wymiotowałam wodę, muł i inne fuj. Złapałam oddech i w przypływie adrenaliny, mokra wsiadłam na swój rowerek i wróciłam do domu. I tyle. Może mało. Może wiele. Ale od tamtego momentu nie za bardzo lubię wodę. Wielkie przestrzenie wodne mnie przerażają. Morze polskie nie zachwyca, jeziora są fajne jak widzisz tylko szuwary i kaczki. rzeki jeszcze są ok, bo widzę drugi brzeg. 

Jak zaczęłam walczyć z fobią ? Małymi krokami. Moczenie nóg na brzegu jeziorka. Fajne w upał :) Ale pod warunkiem że za mocno nie przyjrzę się głębokości. Potem właziłam na głębokość: do kolan, do uda, do pasa. Tez fajne. Do póki ktoś nie zrobi głupiego numeru i nie chce mnie popchnąć. 

Dwa lata temu postanowiłam wziąć się za to porządnie. Artur - ratownik - patrzył jak blada włażę do wody i się zanurzam. Okazało się, że to nie takie straszne. Ale nie odważę się zrobić tego sama. Potem postanowiłam nauczyć się pływać. A co ! Więc unoszę się na wodzie i posuwam do przodu ruchem prostolinijnym... hihih metr lub dwa. no ale zawsze do przodu. Nie czuje się pewnie gdy nie czuję gruntu pod stopami. Na razie brodzę przy brzegu. Choć potrafię wejść na głębokość: do szyi.
Lód. No lód to wyzwanie. Bo nie wiem jak głęboko jest. Chodzę po "wodzie", a nie czuję się postacią z Biblii. W tym roku pierwszy raz wlazłam na nieznany teren zmarzliny. Bo swoje łąki zalewowe znam. Tam woda do kostki. I jest mini, mini. Za pewne wyglądało to śmiesznie, ale przelazłam. Lód trzeszczał. Ja bladłam. Ale przelazłam. Może nie powtórzę tego od razu... ale wiem, że dam radę przejść. 






sobota, 4 lutego 2017

LEŚNA APTECZKA. Odsłona 10. Wierzba purpurowa (Salix purpurea)


Wierzba purpurowa jest drzewem wieloletnim. Bardzo szybko rośnie i trzeba co kilka lat ją podcinać, inaczej łamie się pod swoim ciężarem. Dlatego im starsze drzewo tym bardziej przypomina maczugę.
Liście i kwiaty
W świeżych liściach jest bardzo dużo witamin. W kwiatach czyli "kotkach" jest jeszcze więcej witamin niż w liściach. Herbata parzona z liści i kwiatów uzupełnia witaminy w organizmie. Zwłaszcza gdy jesteśmy w terenie i nasze menu opiera się na puszkach i suchym prowiancie. 
Kora
Zawiera duże ilości salicylu. Ma smak słodko - gorzki. Kora wierzbowa zawiera glikozydy fenolowe, flawonoidy, kwasy organiczne i sole mineralne.
Działa:
- przeciw reumatycznie
- przeciw artretyzmie 
- przeciwbólowo
- ściągająco
- ischiasie
- uporczywych biegunkach
- krwawieniach wewnętrznych
- podnieceniu nerwowym
- nerwobólach twarzy
- nieżytach dróg oddechowych
- białych upławach
- krwiopluciu
- środek pomocniczy przy gruźlicy, cukrzycy
- na odleżyny jako okłady

Aby nie dopuścić do zaparć, należy mieszać korę wierzbową z korą kruszyny. Korę stosujemy jako wywar/ odwar. Większość receptur każe nam stosować wywar/ odwar 2-3 razy dziennie pół szklanki. Czyli po prostu gotujemy korę lub pokrojone gałązki. Pozyskuje się ją wiosną, gdy ruszają soki przed pojawieniem się liści. Należy ją zbierać tylko z gałęzi ściętych, przy obcinaniu drzew oraz przy ich wyrębie. Do okorowywania wybiera się 2-3-letnie gałązki o gładkiej korze. Obcina się te boczne, a następnie zdejmuje korę odcinkami o długości około 20 cm przez nacinanie obrączek i ściąganie rurek kory.

Kasia MM